Studentka zapytała mnie o najtrudniejszy moment w pracy z pacjentami. I szczerze mówiąc zabiła mi ćwieka…
Nie jest na pewno to ten czas, kiedy przeżywają swoja złość i rozpacz, kiedy opowiadają o swoich traumach, ani tym bardziej ten, kiedy odkrywają swoje zasoby. Nie jest to nawet czas pożegnania. Te momenty są nośne w trudne emocje, ale bardzo nagradzające, czuję wtedy, że idziemy do przodu.
Najtrudniejszy jest moment, kiedy pacjenci stają przed wyborem – wziąć odpowiedzialność za swoje emocje, swoje granice, swoją przyszłość, czy próbować wejść w rolę zależnego dziecka.
Zdarza się, że pacjent w sposób nieświadomy zaczyna widzieć w psychologu dobrego rodzica i oczekiwać od niego opieki, ciągłego wsparcia, a nawet przekraczania granic relacji terapeutycznej i wchodzenia w rolę ratownika.
Żeby skłonić psychologa do takich zachowań pacjent utyka w roli ofiary, pakuje się w kłopoty, odstawia z dnia na dzień leki psychotropowe albo wraca do nałogu, powodując u siebie pogorszenie, agrawuje swoje objawy lub koncentruje się na nich, przestaje wykonywać ćwiczenia i korzystać z tego, czego już się nauczył.
Nie udaje, cierpi naprawdę, choć sam swoje cierpienie powoduje.
Bywa, że robi się nieprzyjemnie. Pacjent nadużywa możliwości pisania wiadomości, staje nagle na progu domu, pojawia się na uczelni i próbuje uczestniczyć w wykładach, prosi o przysługi, usiłuje skracać dystans. Jest to trudne dla psychologa, bo nie jest jego rolą ratowanie, opieka, emocjonalna adopcja pacjenta, ale jednocześnie musi mimo poczucia osaczenia i złości postawić granice w sposób empatyczny i w szacunku dla pacjenta.
To ten moment, kiedy warto skorzystać z superwizji.
Ta „próba sił” może się skończyć na dwa sposoby:
👍 Pacjent przeżyje swoją frustrację i dzięki niej stanie się dojrzalszy, silniejszy. Poczuje i doświadczy tego, że owszem, może jest sam w wielkim świecie, ale jednocześnie sam jest w stanie się sobą zaopiekować, obronić się, ukoić swoje emocje. I że to jest jego odpowiedzialność, nie otoczenia.
👎 Pacjent utknie na tym etapie i pozostaje zawieszony między rozpaczą wynikającą z poczucia bezradności, osamotnienia, lęku, a złością na psychologa, że ten nie chce być „dobrą mamą”, która ratuje z kłopotów i mówi, co robić. Bywa, że wtedy potrzebne jest przekierowanie go do psychoterapeuty, który pracuje trochę innymi narzędziami.
❌ Trzecia opcja, ta, w której pacjent zostaje „emocjonalnie adoptowany” przez swojego psychologa, jest niemożliwa.
Nie leży ona w dobrym interesie pacjenta, który ma się nauczyć sam sobie radzić, a nie pozostać w zależności od kogoś, kto miałby mu zastąpić rodzica.
Nie leży też w naszym interesie – pacjent wykupuje usługę, godzinę tygodniowo naszej uwagi i wiedzy, ale poza gabinetem mamy swoje życie i nie ma w nim miejsca dla pacjenta.
Relacja psycholog-pacjent zawsze będzie miała ograniczenia, nigdy nie zmieni się w przyjaźń, związek ani tym bardziej emocjonalną adopcję i nigdy nie stanie się bliskością…

Kim są HCP?
Zwykle cechuje ich wysoki poziom narcyzmu i socjopatii oraz wrogości wobec innych. Mają też charakterystyczną tendencję do rozszczepiania, czyli widzenia świata w czarno-białych barwach.
Jednocześnie, gdy zajrzy się pod pieczołowicie pielęgnowaną maskę wspaniałości i otwartości, okaże się, że doświadczają ogromnej niepewności, wynikającej z projektowania wrogości na innych (a z czasem i prowokowania ich wrogości, na którą sobie zapracowali) oraz z ciągłego poczucia zagrożenia odsłonięciem, upokorzeniem i zawstydzeniem.
Można by powiedzieć, że ta ukryta przed sobą i przed światem część samooceny, zbudowana na poczuciu bycia gorszym, jest tuż tuż na skraju świadomości, jak ta Buka stojąca na skraju kręgu światła. Niby jej nie widać, ale coś wielkie, czarne i straszne majaczy i wiesz, że tam jest. To powoduje ogromne cierpienie i sprawia, że HCP podejmują desperackie wręcz próby poradzenia sobie. Niestety robią to poprzez zdobycie władzy.
Gdy już ją zdobędą, robi się naprawdę toksycznie. Okazuje się, że stanowisko jednak nie pomogło, nic sobie trwale nie udowodnili.
W związku z tym nadal próbują sobie i innym pokazać, że są „górą”, zamieniając życie podwładnych, rodziny, partii, klubu sportowego czy jakiejkolwiek społeczności, w której funkcjonują, w koszmar swoimi próbami dominacji, przymuszania, „łamania charakteru”, kontrolowania i upokarzania.
Jaki jest ich modus operandi?
Zawsze muszą mieć wroga. Jednak w przeciwieństwie do oblężonych twierdz, grupek budujących swoją tożsamość na walce z zewnętrznym wrogiem, wybierają na kozła ofiarnego kogoś ze swojego zespołu, rodziny, partii, i wypowiadają tej osobie emocjonalną wojnę.
Jednocześnie „werbują” wybranych współpracowników, uwodząc ich pochwałami, nagrodami, poczuciem intymności generowanym przez zwierzenia, a następnie nastawiają ich przeciwko tej osobie, manipulując, opowiadając każdemu wokół bardzo emocjonalne, niestworzone historie.
Zwykle emocjonalna wojna rozgrywa się w czterech etapach:
1. Uwodzenie zwolenników
2. Użycie ich do ataku na kozła ofiarnego
3. Podzielenie zespołu
4. Dominacja i upokarzanie, żeby udowodnić sobie władzę.
Jak się bronić?
Kozioł ofiarny ma najtrudniejsze zadanie, ale jeśli ma czyste sumienie (bo czasem nie ma, i tylko woli myśleć o sobie jak o koźle ofiarnym, żeby nie brać odpowiedzialności za swoje błędy czy faktyczny brak zaangażowania), może zidentyfikować i nazwać to, co robi HCP jako gaslighting. Jednocześnie nie powinien ulegać ułudzie, że może kontrolować i wpływać na zachowania HCP. To nie o niego tu chodzi.
Czasem pomaga eskalacja, bo HCP woli dominować słabszych, nie ryzykując przegranej, unika więc eskalacji. A czasem wręcz odwrotnie, fiksuje się na walce i doprowadza ją do absurdalnych rozmiarów.
Zespół może po prostu zacząć ze sobą rozmawiać. Ogromnym błędem HCP jest to, że nie zakłada iż ludzie się komunikują, dlatego w emocjach „sprzedaje” każdemu inną wersję wydarzeń. Konfrontacja tych wersji pozwala „rozgryźć” grę HCPa. Dalej jest toksycznie, ale tak naprawdę grupa ma największe możliwości obrony.
Sam HCP niestety jest zbyt zaślepiony przez emocje. Gdyby nie był, zrozumiałby, że bez solidnej terapii nie powinien się pchać do władzy, bo wyzwala w nim (i nawet po terapii będzie wyzwalać) to, co najgorsze.

Trzy największe to:
👉 Wypalenie zawodowe – paradoksalnie im większe zaangażowanie i oczekiwania efektów swojej pracy, tym większe ryzyko wpadnięcia w trójkąt Karpmana (ratownik tak chce ratować, że staje się słoniem w składzie porcelany, a to sprawia, że osoby ratowane zaczynają się bronić i kontratakować. W efekcie ratownik obrywa i staje się ofiarą). Im większe oczekiwania, tym większe zderzenie ze ścianą i zawód, a to już prosta droga do wypalenia zawodowego.
👉 Pomieszanie ról – psycholog występuje w dość karkołomnej roli jednocześnie powiernika zobowiązanego do poufności i członka rady pedagogicznej, osoby, której zwierza się dziecko, i która nie pomoże mu bez rozmowy z rodzicem, osoby udzielającej wsparcia i niezależnego mediatora czy prowadzącego warsztaty.
👉 Nieskuteczność – często pomoc jest utrudniona, a bywa, że po prostu psycholog szkolny nie zobaczy efektów swojej pracy, bo procentować one będą znacznie później. A bywa też, że jedna z najważniejszych form pomocy, profilaktyka, jest nudna, nieciekawa i nieodpowiadająca potrzebom młodzieży.
Da się i wręcz należy z tym walczyć. Niestety jest to praca, w której albo psycholog uczy się mówić „nie”, albo tonie w poplątanych rolach i sprzecznych oczekiwaniach…

Czy nauczycieli akademickich szkoli się z AI?
Szkoli.
Czy dobrze?
Nie.
A przynajmniej ja się z takim szkoleniem nie spotkałam.
Ok, poznajemy możliwości w zakresie generowania obrazów, animacji, slajdów, syntetycznych notatek, a nawet (o zgrozo!) sprawdzania prac studentów.
Zwykle jednak problemem, którego prowadzący szkolenia nie przyjmują do wiadomości, jest to, że dla kogoś, kto jest specjalistą w dziedzinie, tekst wygenerowany przez AI pozostaje na zbyt dużym poziomie ogólności i przez to jest zwyczajnie mało użyteczny.
Ich zestaw slajdów na jakiś temat wygenerowany przez AI zachwyca, bo są laikami. Mnie stanowczo nie. Do tego poza powierzchownością można mu zarzucić sztampowość i nudę. Nie tak się prowadzi zajęcia.
Rzadziej osoby prowadzące takie szkolenia uczą np. użycia AI w selekcji artykułów naukowych (protip: Chat tu zupełnie odpływa i jest niemiarodajny. Potrafi wymyślić sobie książkę czy artykuł albo zmiksować dwa).
Jeszcze rzadziej uczą alternatyw dla zadań zaliczeniowych. Napisz esej na zadany temat, postaw hipotezy diagnostyczne do opisu przypadku, zaprojektuj interwencję czy warsztat – z tym sobie chat świetnie radzi.
A my wykładowcy nie jesteśmy głupi, widzimy, że te odpowiedzi są sztampowe, podobne do siebie i wszystkie według jednego wzoru. Tylko nie jesteśmy w stanie tego udowodnić.
Tu naprawdę nie chodzi o to, żeby studenci uczestniczyli w zajęciach z prezentacjami i testami wygenerowanymi przez AI, sprawdzanymi przez AI, a na zaliczenie dostarczali prace zaliczeniowe, które AI wygenerowało i AI sprawdzi.
Czego potrzebujemy?
👉 Nowych pomysłów na zaliczenia, być może w ogóle nowej formuły zaliczeń
👉 Nowych sposobów kontroli, czy student opanował materiał
👉 Uatrakcyjnienia zajęć, ale nie wyręczania nas.
Przynajmniej dopóki AI jest dość felerna i mało godna zaufania, nie potrzeba nam nic wiecej. Era analogowych dinozaurów jeszcze trwa 🤪
#AI #nauczyciele #szkoła #uczelnia

Bez względu na to, co piszą autorzy poradników, wnioski z badań naukowych są dość jednoznaczne – wielozadaniowość obniża efektywność wykonywania każdego zadania, zwiększa liczbę błędów, wpływa negatywnie na kreatywność i bardziej wyczerpuje.
Dlaczego tak się dzieje?
Pasher przyrównał nasze możliwości poznawcze do lejka (właściwie do butelki z wąską szyjką, co pewnie budzi ciekawe skojarzenia odnośnie samego Pashera, ale lejek pasje mi lepiej). W pewnym uproszczeniu cokolwiek do nas trafia, jakiekolwiek bodźce nas bombardują, muszą czekać w umysłowej „poczekalni”, aż przetworzymy ten bodziec, którym się zajmujemy i zwolnimy miejsce w „szyjce” lejka. Albo aż go porzucimy na ich rzecz. Albo jeszcze aż o nich zapomnimy.
Na tym właśnie polega wielozadaniowość – na przerzucaniu swojej uwagi i zdolności poznawczych z jednego zadania na drugie, popychaniu wszystkich zadań po trochu do przodu, aż w końcu przy odrobinie szczęścia zostaną zakończone.
Jeśli mi nie wierzycie, spróbujcie ze zrozumieniem słuchać audiobooka, recytować wierszyk i jednocześnie odpowiadać na maila. Nie da się. Nasz „bufor rozumienia mowy” przetwarza jeden kanał na raz, dlatego wyłączamy na chwilę rozumienie tekstu słuchanego, żeby mówić lub pisać.
Już słyszę te „jak żyć?”.
I to wcale nie jest złe pytanie. Z jednej strony w naszym codziennym zabieganiu jesteśmy wręcz skazani na wielozadaniowość. Klienci, szef, mąż, dzieci, kot – wszyscy czegoś chcą. Nic dziwnego, że nasz mózg ucieka w relaks mediów społecznościowych, jednocześnie dokładając sobie zadań do przetworzenia i zwiększając ich kolejkę.
A z drugiej jednozadaniowość jest wytchnieniem dla mózgu i zwiększa efektywność.
Rozwiązaniem jest dobre planowanie – wyznaczenie sobie konkretnych pór na zadania. Wyłączamy wtedy komórkę, niepotrzebne zakładki, i pracujemy nad najważniejszym w danej chwili zadaniem.
Tylko czy nasz przyzwyczajony do tonięcia w morzu bodźców, uzależniony od dopaminy i adrenaliny i napędzany lękiem umysł zdobędzie się na taki odwyk od wielozadaniowości?
#multitasking #biuro #stylżycia

Kiedy rodzic zadaje sobie pytanie, czy jest wystarczająco dobry w swojej roli, to zapewne jest.
Osoby krzywdzące swoje dzieci, przemocowe, zaniedbujące je fizycznie i emocjonalne nie są najczęściej refleksyjne, a egocentryczne, skupione na sobie, i nie zastanawiają się, co mogłoby zrobić lepiej.
Jeśli wiec Twoje dziecko przeżywa bunt nastolatka, złości się, to może (choć nie musi) oznaczać, że byłeś i jesteś wystarczająco dobrym rodzicem, takim, który sprawił, że w relacji jest miejsce na złość i zły humor, że dziecko czuje się w niej na tyle bezpiecznie, że nie musi zasługiwać na miłość ukrywając swoje emocje.
Większość moich pacjentów to „grzeczne dzieci”, które nigdy się nie buntowały, bo nie miały na to przestrzeni.
Może więc to pytanie „czy jestem wystarczająco dobrym rodzicem?” zostało źle zadane, a prawidłowo powinno brzmieć „ok, czy i czego jeszcze mogę nauczyć moje dziecko w okresie buntu? Że może być odrębnym sobą? Że może przyjść do mnie z problemami? Że nawet w złości musi szanować granice innych ludzi?”
Ostatnio miałam świetna rozmowę na ten temat w Radiu Dzieciom, niestety nie mam linka, ale wyszłam z niej z tym właśnie wnioskiem – jeśli zadajesz sobie pytanie, czy jest wystarczająco dobry w swojej roli, to naprawdę bardzo możliwe, że tak właśnie jest :). Naprawdę nie musisz być idealny, wrzuć na luz i ciesz się piekną niedzielą 🙂
Miłego dnia!
#rodzice #dzieci #rodzicielstwo


Oczywiście, ze mogą i robią to najczęściej poprzez zawał lub udar.
Jednak czasem, gdy ich nasilenie przekracza zdolności adaptacyjne człowieka, prowadzą do schorzenia zwanego takotsubo, czy też syndromem złamanego serca.
Nazwa ta nie wzięła się znikąd, bo faktycznie w około 80% przypadków bezpośrednim wyzwalaczem jest stres. W 1/3 przypadków jest on emocjonalny (rozwód, zmiana pracy, śmierć osoby bliskiej), a w pozostałych przypadkach fizyczny (masywne krwawienie, sepsa).
Z kolei takotsubo to okrągły dzban używany do połowu homarów i ośmiornic, i właśnie ten kształt przyjmuje lewa komora serca.
Mechanizm nie jest do końca poznany, ale prawdopodobnie nagły, masywny wzrost katecholamin, takich jak adrenalina i noradrenalina, spowodowany ekstremalnym stresem wpływa toksycznie na nerwy, które stymulują komórki mięśnia sercowego. Ponadto skok adrenaliny powoduje, że tętnice się zaciskają, występuje skurcz tętnic wieńcowych, które dostarczają krew do mięśnia sercowego, co dodatkowo go osłabia. W efekcie dochodzi do zastoinowej niewydolności serca i mnóstwa przykrych wynikających z niej objawów.
Takotsubo występuje na całym świecie i stanowi około 2% przypadków ostrego zespołu wieńcowego. Zwykle mija samo po kilku dniach i tygodniach, ale czasem potrafi zabić.
Co ciekawe, najczęściej występuje u kobiet.
#emocje #psychosomatyczne #serce

Święta Bożego Narodzenia, jak każda okazja do spotkań rodzinnych, to w wielu domach tragedia rozpisana w schemacie trójkąta Karpmana.
Akt pierwszy
Goście dzwonią do drzwi, witają się.
Na scenę wchodzi Ratownik, może trochę poirytowany, bo ostatni tydzień spędził przy garach, w świątecznych kolejkach, albo robiąc zadość tradycji i myjąc okna. Jego troska jest więc trochę podszyta agresją, tym bardziej inwazyjna, jednak wciąż troskliwa aż do uduszenia.
„To kiedy dzieci/ślub/praca/doktorat?” – pyta. „dziecko, jak Ty źle wyglądasz” – mówi. Namawia (wciąż z troski, wciąż inwazyjnej i podszytej rosnącą irytacją) na założenie tradycyjnej rodziny, znalezienie stabilnej pracy i poświecenie marzeń na rzecz bezpieczeństwa i tzw. konwencjonalnej „normalności”.
Akt drugi
Głos zabiera Ratowany, który wcale ratunku nie chciał, a teraz miotany konfliktem miedzy poczuciem winy i koniecznością znoszenia, a potrzebą świętego spokoju i niezależności robi się pod tym ostrzałem pytań, ocen i dobrych rad coraz bardziej wściekły. Ratownik jawi mu się jako oprawca, a więzy lojalności rodzinnej ciążą coraz bardziej. Zwykle usiłuje przemilczeć, zacisnąć zęby, zapić, a że alkohol rozhamowuje, wybucha. No chyba że przypłaci zaciskanie zębów migreną i będzie mógł dzięki niej wyjść wcześniej.
Zaczyna więc od gry w gorącego ziemniaka, tłumaczy się, odpowiada, co tylko Ratownika nakręca.
„A może tak byś zrobił, synku?” „Ja w Twoim wieku…”
„Przestań!” – wybucha w końcu Ratowany, ostrzej niż by chciał. „Nie życzę sobie!” – nie może się już zatrzymać – „Zawsze to robisz, bo Ty zawsze wszędzie wszystko i nigdy nic!”. Rusza lawina słów po obu stronach. Emocjonalny trup ścieli się gęsto.
Akt trzeci
Ratownik ogłasza się ofiarą ratowanego, ratowany ofiarą ratownika. Strony sie okopują. Nikt nic nie mówi, wszyscy siedzą z fochem na twarzy. Słychać tylko odgłosy przeżuwania. Świątecznej tradycji zepsucia Świąt stało się zadość.
Kurtyna.
Tańczą ten sam taniec co roku, co roku obwiniając drugą stronę, zamiast spróbować zmienić swoje własne kroki.
#Święta #komunikacja #konflikt

Nieżyjący już Prof. Łukaszewski opowiadał, że robił kiedyś badanie wśród biednych rodzin ze Śląska, pytając dzieci, co dla nich znaczy dorosłość. Okazało się, że być dorosłym, to „pić i bić”, dzieciństwo zaś wiązało się z byciem bitym i zakazem picia alkoholu.
Każdy z nas ma chyba własną definicję dorosłości.
Dla mojej nastoletniej córki dorosłość to więcej przywilejów i więcej obowiązków. „Nie chcę być dorosła” dodaje z wahaniem.
Moja perspektywa jest ukształtowana przez pacjentów. Dla mnie dorosłość to odpowiedzialność za swoje emocje, potrzeby, granice, decyzje i konsekwencje działań, ale bez nadmiernego obciążenia poczuciem winy, ze zgodą na błędy, straty, porażki i gafy.
Jej przeciwieństwem jest nadzieja, że ktoś inny się tymi wszystkimi obszarami zaopiekuje i zdejmie z nas odpowiedzialność.
W funkcjonowaniu osób, które utknęły w tej dziecięcej perspektywie, dominuje skarga, rozpacz, koncentracja na własnej bezradności, ale też złość na tych, którzy na skargę nie odpowiadają ratunkiem.
Bardzo często takie osoby źle się czują, gdy odniosą sukces, w okresach spokoju, gdy coś im się uda, albo gdy są w relacji dobrej „po prostu”. Bo to tak, jakby ich dobrostan uprawomocniał odebranie im opieki i pozostawienie na pastwę losu. Jakby tylko drama mogła im zapewnić zainteresowanie i sympatie otoczenia. Kryje się za tym głębokie przekonanie, ze same w sobie nie są warte miłości czy sympatii.
Może więc najważniejszym przejawem dorosłości jest po prostu unikanie dram, gdy to tylko możliwe, w połączeniu z umiejętnością stawiania granic, gdy dramę spowodował kto inny?
#dorosłość #pacjenci #życie
Jedynka Polskiego Radia, 28.03.2025
Każda córka wydłuża życie ojca o 74 tygodnie. Tak przynajmniej wskazują badania zespołu prof. Ilony Nenko z UJ.
Badanie, o którym mowa, nie jest jedynym wskazującym, że dzieci mają wpływ na długość naszego życia.
Inne pokazywały, że już samo posiadanie dzieci przedłuża życie, czego nie wykazało badanie polskie, w którym dzieci skracały życie matek średnio aż o 95 tygodni. Ale były też takie, które wskazywały, że dzieci skracają życie matek.
Mam na ten temat 3 teorie:
1. Po części winna może tu być specyfika kulturowa – polskie badania były wykonywane na populacji wiejskiej. Dziewczynki w naszej kulturze, szczególnie zaś w małych miejscowościach są wychowywane do bycia bardziej opiekuńczymi, troskliwymi, empatycznymi, rodziny częściej są wielopokoleniowe, a to sprawia, że rodzice seniorzy dostają lepszą opiekę od córek i przedłuża im życie. Są zresztą badania z USA, które wskazują, że córki zapewniają ojcom i matkom większe wsparcie emocjonalne niż synowie, a także, że udział synów w całkowitej opiece nad rodzicami jest niewielki, jeśli maja siostrę, i generalnie niższy, niż córek.
2. Przyczyny, dla których córki przedłużają życie ojcom, mogą też wynikać z mniejszego poziomu stresu – nie bez powodu mówi się o syndromie młodego mężczyzny, czyli wieku, kiedy dorastający chłopcy na skutek wysokiego poziomu testosteronu są bardziej agresywni i skłonni do zachowań ryzykownych. Dojrzewanie chłopca jest zazwyczaj trudniejsze i stanowi źródło ogromnych stresów dla rodziców. A stres niestety zabija…
3. Wreszcie, nie bez powodu się mówi o „córeczkach tatusia”. Więź córki z ojcem bywa bardzo bliska i satysfakcjonująca dla obojga, a jak pokazało najdłuższe badanie w psychologii, trwające aż 75 lat, godzina znaczącej rozmowy dziennie jest dla naszego starzenia się ważniejsza nawet niż poziom cholesterolu, sprawia, ze starzejemy się lepiej.
Aby rozstrzygnąć, która przyczyna odgrywa tu największą rolę, należałoby powtórzyć badanie w innych kulturach, np. w niektórych krajach muzułmańskich, w których córki na stałe wyprowadzają się z domu i stają się częścią rodziny męża, a rodzicami opiekują się synowie i ich żony. Wówczas moglibyśmy powiedzieć, czy ważniejszy jest czynnik kulturowy, relacyjny, czy stresogenny.
Stawiam jednak na kulturę, bo pojedyncze badania w tym temacie z różnych krajów dają odmienne wyniki.
Więcej o badaniu tutaj: https://jedynka.polskieradio.pl/artykul/3502357,Ojcowie-posiadaj%C4%85cy-c%C3%B3rki-%C5%BCyj%C4%85-d%C5%82u%C5%BCej-Eksperci-wskazuj%C4%85-dlaczego-tak-jest
